Polska Misja Katolicka
w Braunschweigu



Numer:
2008-03

"Umiłowani bracia i siostry, nie wstydźcie się krzyża.
Starajcie się na codzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa..."

Jan Paweł II

 Spis treści

1. Jak powstal Wielki Post
2. Myślenie na skróty
3. Czy pójdę na rekolekcje wielkopostne?
4. Kto pokocha proroka?
5. Wspomnienie brata Wojciecha

 

Jak powstal Wielki Post

Dla lepszego przygotowania wiernych do obchodu dorocznej pamiątki Zmartwychwstania Pańskiego, w II wieku dodano dwa dni postu przed tym świętem. Wspomina o tym Tertulian (+ ok. 240). Św. Ireneusz (+ ok. 202) pisze, że za jego czasów zwyczaj ten istniał również w Galii: ku czci 40-dniowego postu Pana Jezusa był nakazany post 40-godzinny (obowiązywał zatem w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę).

W wieku III poszczono już cały tydzień. Wreszcie na początku wieku IV wprowadzono post 40-dniowy na pamiątkę postu Jezusa Chrystusa. Chodziło o to, aby do świąt wielkanocnych jak najlepiej wiernych przygotować. Według świadectwa Aeterii (lub Egerii w. IV) post 40-dniowy był już w powszechnym użyciu. Na Wschodzie obchodzono go 8 tygodni jednak, a to dlatego, że soboty i niedziele były wolne od postu. Chodziło więc o uzupełnienie pełnych 40 dni postu.

W wieku VI w Rzymie post rozpoczynał się 6 tygodni przed Wielkanocą. Jednak po odliczeniu niedzieli, w których nigdy nie poszczono, post wielki trwał właściwie tylko 36 dni. Dlatego w wieku VII dodano brakujące dni i wyznaczono jako początek Wielkiego Postu Środę Popielcową. Od św. Grzegorza I Wielkiego (+ 604), papieża, datuje się powstanie "przedpościa". Na trzy tygodnie przed Wielkim Postem wprowadzał Kościół barwę szat liturgicznych pokutną (fioletową), z modlitw i śpiewów usuwano radosne Alleluja, do roku zaś 1248 obowiązywał post, chociaż w formie złagodzonej. We wspomnianym 1284 roku papież Innocenty IV skrócił Wielki Post, wyznaczając go od Środy Popielcowej. Był to więc rodzaj przedsionka, wprowadzający w nastrój Wielkiego Postu. Reforma liturgiczna ostatnich lat Przedpoście zniosła. W Polsce Wielki Post zachowywano wraz z Przedpościem (łącznie 70 dni) jeszcze w niektórych stronach w wieku XVIII a nawet XIX. W niedzielę post nie obowiązywał i dotąd nigdy nie obowiązuje. Bowiem każda niedziela ma charakter święta.

W taki sposób podaliśmy historyczny rozwój powstawania okresu przygotowania do Wielkanocy. Finałem Wielkiego Postu jest Wielki Tydzień, który omówimy osobno.

Ale na cykl wielkanocny składa się nie samo tylko przygotowanie. Jego istotą są święta Wielkanocne, którym Kościół przez wszystkie wieki dawał najwyższą rangę. Obchodzono je przez trzy dni, potem jeszcze dodano do nich oktawę, czyli ośmiodniowe wspomnienie. Wreszcie jakby echem świąt jest tak zwany okres po Wielkiej nocy, kiedy to przez szereg tygodni utrzymuje się w liturgii barwa biała kapłańskich szat i zwielokrotnione Alleluja; zapala się paschał, odbywa procesja z figurką Zmartwychwstałego Chrystusa co niedzielę na sumie (w Polsce), śpiewa się pieśni wielkanocne.

Święta Wielkanocne Kościół traktuje jako centralne całego roku liturgicznego. Bo też tajemnica Zmartwychwstania Chrystusa jest uważana nie tylko jako pamiątka Chrystusowego zwycięstwa nad śmiertelnymi wrogami - piekłem, szatanem i śmiercią, ale za apologię samego także Chrystusowego Kościoła. Ujął to lapidarnie św. Paweł Apostoł: "A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara... Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli... I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy ożywieni będą". Tak więc słusznie autor komentarza do okresu wielkanocnego zauważa, że w Chrystusie Zmartwychwstałym skupiają się wszystkie uroczystości Kościoła i z tej tajemnicy promieniują na inne.

Portal Wiara.pl

Myślenie na skróty

Jacek Dziedzina

Mówienie, że wszyscy Polacy są antysemitami, ma tyle wspólnego z prawdą, co twierdzenie, że antysemityzm w Polsce nie występuje.

Antysemityzm jest grzechem. W pewnym sensie takim samym jak antycyganizm, antypolonizm czy antyszkotyzm. Jednak nazwanie kogoś w dyskusji "Żydem" ma w sobie taki ładunek emocji, pogardy i podejrzliwości, jak żaden inny narodowościowy "epitet". Dla chrześcijan dodatkowo antysemityzm jest grzechem przeciwko swoim własnym korzeniom. "Odnajdź w sobie żyda" - napisał kiedyś Marcin Jakimowicz, przytaczając opinię pewnego księdza, że każdy chrześcijanin jest żydem.

Z różnych powodów jednak antysemityzm stał się zbyt pojemnym określeniem wszelkich przejawów krytyki czy żartów pod adresem Żydów. Złośliwy dowcip o Szkotach jest OK, ale o Żydach - już dalece ryzykowny. Sporo w tym politycznej poprawności, ale też - przyznajmy - wrażliwości ze względów historycznych.

Niektórzy próbują wmówić Polakom, że antysemityzm wyssali z mlekiem matki. Inni odpowiadają, że z większą tolerancją niż u nas to Żydzi nigdzie się nie spotkali. Jedni pojęcie antysemityzmu wyprowadzili daleko poza granice absurdu, drudzy nie widzą niczego złego w sianiu atmosfery nieufności wobec wszystkich Żydów, z racji tego, że właśnie są Żydami. Czy dzisiaj antysemityzm w Polsce jest tylko problemem publicystów? Czy może jednak ciągle "jest coś na rzeczy" w naszym społeczeństwie?

Historia pewnej intencji

W czerwcu ubiegłego roku pewna pani przysłała do portalu wiara.pl (w cytacie zachowuję oryginalną pisownię autorki) taką oto intencję modlitewną: "Żeby łajdackie i przebiegłe żydy w rodzaju: Jacek Dziedzina - nie narażały Kościoła na uwłaczającą śmieszność swoimi wizjami o żydostwie i żeby ci dranie nie zamieniali Kościoła w klub towarzyski wielbicieli żydów i innych religijnych połamańców i synkretystów". Domyśliłem się, że pobożność autorki pobudził mój skromny tekst o, znanej zresztą, historii nawrócenia na chrześcijaństwo Israela Zolliego, naczelnego rabina Rzymu. Pewnie ubodło ją szczególnie cytowane przeze mnie zdanie: "Kto spotyka Chrystusa, spotyka judaizm". Prawda, zdawałoby się, oczywista. Pani podpisała się imieniem i nawet swój adres mailowy podała. Nietrudno było ustalić, gdzie mieszka, że jest osobą wykształconą (lekarzem) i startowała do Sejmu z listy pewnej partii.

Nie mogłem się powstrzymać i odpisałem pani, w krótkiej formie dziękując za pamięć modlitewną, pozdrawiając i życząc wszystkiego dobrego. Dostałem taką odpowiedź (pisownia oryginalna): "Żaden Polak nie nazywa się Dziedzina, Środa, Kwaśniewski czy dziwisz. Ja codziennie proszę Boga, żeby już wreszcie postawił was, żydow - w świetle prawdy o was samych, o żydach. To już wystarczy. I tego się boicie. I żebyście już na tej ziemi odpokutowali i zadośćuczynili to, coście Polsce i Polakom (ale i innym narodom nie żydowskim) - coście wyrządzili jako talmudyczna grupa mafijno-terrorystyczna, mroczna i zakłamana. Nie pozdrawiam kłamców. Nie życzę dobrze tajniackim terrorystom".

Wyścig ofiar

Nie przywołuję tej duchowej korespondencji po to, żeby wesprzeć Jana T. Grossa w jego metodach walki z ogarniającym rzekomo nasz kraj demonem antysemityzmu. Dla mnie przykład tej pani nie jest dowodem na powszechną w Polsce niechęć wobec Żydów. Ten "głos w dyskusji" religijnej przecież osoby nie prowadzi mnie także do żadnego absurdalnego twierdzenia, że to katolicyzm jest źródłem antysemityzmu. Po prostu trudno uwierzyć, że można powoływać się na chrześcijaństwo i zarazem płonąć tak żarliwą nienawiścią (już pomijam logikę i przypisywanie mi innej, niż sądziłem, narodowości). Chociaż żaden to dowód na ogólnonarodowy antysemityzm, wiemy, że podobne sytuacje w Polsce zdarzają się częściej. "Taki jest teren" - powiedział mi kiedyś znajomy ksiądz.

Myślenie ludzi religijnych (także księży) często zupełnie mija się z nauczaniem Kościoła w tej sprawie. Niektórzy uważają, że wzajemna niechęć wynika częściowo z pewnej "konkurencji" między Polakami a Żydami o to, kto był większą ofiarą w historii, kto więcej wycierpiał.

Zielone pojęcie

Mówiąc o antysemityzmie, mamy na myśli niechęć lub wrogość wobec osób narodowości żydowskiej, właśnie ze względu na ich pochodzenie (definicja nie obejmuje dzisiaj wrogości wobec innych ludów semickich, w tym arabskich). Z jednej strony to normalny przejaw "myślenia na skróty", czyli tworzenia stereotypu, wygodnego obrazu danej grupy społecznej, bez wnikania w jej różnorodność. Mamy stereotyp Niemca, Rosjanina czy Szkota, dlaczego więc nie mielibyśmy mieć uproszczonej "wiedzy" o Żydach.

Jednocześnie stereotyp o Żydach, przeradzający się często w antysemityzm, "od zawsze" pełnił rolę dużo większą niż zwykłe sąsiedzkie docinki narodów. Antysemityzm religijny polega na obwinianiu Żydów za śmierć Jezusa. Na szczęście dziś teologia wyraźnie mówi, że każdy chrześcijanin, grzesząc, jest w równym stopniu odpowiedzialny za zabójstwo Boga. Natomiast antysemityzm najbardziej rozpowszechniony polega na oskarżaniu Żydów o wszelkie niepowodzenia, nieszczęścia na świecie, za sterowanie światową ekonomią i wywoływanie wojen. Wynika to z przeświadczenia, że właśnie w "żydowskości" jest coś tak paskudnego, co popycha człowieka do brudnych gierek i wyzysku. Jest to też przekonanie, że Żydzi stanowią jednolitą grupę, która sprzysięgła się przeciwko innym i razem spiskują przeciw porządnym obywatelom. Badania socjologiczne, przeprowadzone w latach 90. XX wieku w Polsce, pokazały, że takie myślenie jest charakterystyczne głównie dla ludzi sfrustrowanych swoją pozycją społeczną i materialną. Przykład "pani z intencją" pokazuje jednak, że mogą tak myśleć nawet ludzie wykształceni. Według różnych interpretacji wspomnianych badań, ok. 17 proc. Polaków wykazuje postawy zdecydowanie antysemickie.

Nie taki antysemityzm wielki

Problem polega na tym, że poprawność polityczna wyprowadziła dyskusję o antysemityzmie daleko poza granicę absurdu. Jan T. Gross i fani jego twórczości proponują "Strach" potraktować jako wezwanie do ogólnonarodowej debaty i rachunku sumienia. Tylko dlaczego zbiór krzywdzących uogólnień miałby być punktem wyjścia do jakiejś rzeczowej rozmowy? "Debata" ta zakłada u podstaw, że wszyscy jesteśmy z natury antysemitami.

Absurdem jest także nadwrażliwość niektórych środowisk żydowskich i różnych rodzimych poprawiaczy. Potrafią zareagować na każdą najmniejszą krytykę wobec osoby narodowości żydowskiej czy polityki Izraela. W takim rozumieniu i wyżej podpisany jest antysemitą, bo np. otwarcie krytykuje postępowanie Żydów wobec Palestyńczyków (zresztą i odwrotnie).

Najważniejszą natomiast sprawą jest to, że antysemityzm nie jest dzisiaj w Polsce głównym problemem, wokół którego należałoby pilnie organizować jakąś debatę. Z badań CBOS z września 2007 roku wynika, że niechęć do Żydów wcale nie jest największa; są również inne nielubiane narodowości. Niechęć do Żydów deklarowało 40% respondentów (tyle samo do Wietnamczyków i Serbów). Mniej gościnnie natomiast mogą się czuć u nas Arabowie (55% niechętnych ocen) i Romowie (Cyganie) - aż 59% negatywnych opinii (nie mylić z Rumunami - 51% niechętnych). Można by zatem prędzej zorganizować debatę o tolerancji wobec Cyganów, których zresztą dzisiaj jest u nas więcej niż Żydów. Polacy także mają w wielu krajach wysoki odsetek nieufności ze strony społeczeństwa goszczącego. A mimo to nikt nie podnosi alarmu (poza wyjątkami), że wymierza się przeciwko nam ciężkie działa. Stereotyp i niechęć do Innego jest wpisana w życie społeczne.

Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, nie czuje się szczególnie zagrożony w Polsce ze względu na swoją narodowość i wyznanie. Mimo że sam stał się obiektem chuligańskiego napadu. - Owszem, jakiś procent Polaków to antysemici. Ale jest bardzo wiele osób, które są zainteresowane judaizmem, a o tym mało się mówi w mediach - zwierza się "Gościowi" rabin Schudrich. - Dla mnie jako naczelnego rabina jest to bolesne, że się tę stronę medalu pomija. Jest kłamstwem pokazywać tylko antysemitów, a milczeć o ludziach interesujących się, często za przykładem Jana Pawła II, judaizmem i Żydami - dodaje. Przyznaje, że okres okupacji i czas komunizmu utrudnia wspólne zrozumienie. - To doświadczenia bolesne i Polaków, i dla Żydów. I każdy z nas ma obowiązek mówić o tym z wrażliwością na innego. A jeśli się tylko oskarża, to jest się nieuczciwym - mówi Schudrich.

Gość Niedzielny 1.02.2008

Czy pójdę na rekolekcje wielkopostne?

o. Dariusz W. Andrzejewski CSSp z Montrealu w Kanadzie

W czasie czterdziestu dni Wielkiego Postu warto zaplanować czas rekolekcji, czas zastanowienia się nad sobą i nad swoim życiem. Zatrzymać się na chwilę, wyciszyć i zamyślić. Spotkać Boga i spotkać się sam na sam ze sobą. Trzeba wyjść na pustynię, bo tam jest cisza, spokój i milczenie. Wtedy można usłyszeć siebie.

A może właśnie tegoroczne nauki rekolekcyjne będą dla mnie swoistą pustynią, powrotem do źródeł?

Rekolekcje wielkopostne to taki szczególny i wyjątkowy czas w roku liturgicznym Kościoła. Jest to czas próby, czas lekcji i nauk, kiedy uczymy się roztropności, mądrości ducha i stajemy się lepsi. Czas rekolekcji jest bardzo znanym aktem pokutnym w Kościele od wieków - aktem duchowych ćwiczeń. Dlatego rekolekcje odprawiają wszyscy: papież, biskupi, kapłani, zakonnicy i zakonnice, małżonkowie, rodzice, dziadkowie, studenci, uczniowie, osoby chore i niepełnosprawne, osoby samotne i rozwiedzione… Kościół naucza i przygarnia wszystkie owieczki rozproszone na całym świecie.

Ktoś kiedyś napisał: "Trudniej jest dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę…". To prawda, nie będzie nam łatwo stać się lepszymi po godzinie lub po kilku godzinach nauk rekolekcyjnych. W ciągu kilku chwil nie da się naprawić całego duchowego rozgardiaszu. To jest praca na całe życie. Ale warto od czegoś zacząć, warto w tych rekolekcyjnych dniach postawić sobie odważne pytania:

Czy ja mam jeszcze wiarę? Czy jestem w stanie uwierzyć jeszcze więcej Bogu i mocniej Mu zaufać? Czy kocham Go ze wszystkich sił, wszelkim myśleniem i całym sercem? Muszę sobie także odpowiedzieć na pytanie: Czy ja się jeszcze modlę? Czy potrafię rozmawiać z Bogiem?

W czasie rekolekcji wielkopostnych warto także przeczytać coś, co pomoże inaczej myśleć, zobaczyć bliźniego i z nim się pojednać. Same zaś rekolekcje mają dodać sił, odwagi, otuchy i nadziei, aby pójść pod krzyż i zobaczyć Ukrzyżowanego. Żeby mieć odwagę podnieść oczy, zapłakać i zapytać: "Panie, czy Ty mi jeszcze raz przebaczysz? Czy przygarniesz mnie ponownie do swego serca?". Odpowiedź usłyszysz na pewno… Zobaczysz ją w oczach i rozpiętych ramionach Chrystusa, w przebitym sercu Jezusa. Sam dojdziesz do wniosku: "To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech", moje słabości, namiętności, moja niewierność, moja zdrada i oddalenie…

Wtedy, gdy poprawnie odczytasz odpowiedź płynącą z krzyża, podejmiesz skruchę, wolę poprawy i wyspowiadasz się. A potem wrócisz do krzyża i ucałujesz przez łzy przebite stopy Chrystusa.
I to będą twoje prawdziwe rekolekcje. Zobaczysz, że inny jest świat, inna rzeczywistość, inni będą ludzie, a ty przeżyjesz prawdziwe nawrócenie. Podczas rekolekcji wielkopostnych trzeba "załatwić" wiele spraw nie tylko z Bogiem, ale i ze współmałżonkiem, z rodzicami, z dziećmi i bliźnimi. Rekolekcje są po to, aby wyprostować to wszystko, inaczej zmarnujemy dni, które zostały nam dane na uleczenie duszy.

Naprawdę warto wybrać się na wielkopostne ćwiczenia duchowe, by za Julianem Tuwimem zawołać:

Jeszcze się kiedyś rozsmucę,
Jeszcze do Ciebie powrócę,
Chrystusie.
Jeszcze tak strasznie zapłaczę,
Że przez łzy Ciebie zobaczę,
Chrystusie…
I z taką wielką żałobą
Będę się żalił przed Tobą,
Chrystusie,

Że duch mój przed Tobą klęknie
I wtedy serce mi pęknie,
Chrystusie…

Portal Katolik.pl

Kto pokocha proroka?

Ks. Artur Stopka

Dlaczego księża niezwykle rzadko pracują duszpastersko w parafiach, z których pochodzą? Ponieważ w środowisku, w którym się ktoś wychował, w którym dorastał, w którym ma się licznych krewnych i znajomych, bardzo trudno jest pełnić misję proroka. Zwłaszcza, jeżeli trzeba mówić rzeczy trudne, stawiać wymagania, wyliczać błędy, wskazywać właściwą drogę. Tak jest od wieków.

"Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie". Traktowany jest z podejrzliwością. Doświadczyli tego najwięksi: Izajasz, Jeremiasz, Eliasz, Elizeusz. Doświadczył tego Jan Chrzciciel. I doświadczył Jezus. Gdy poszedł do rodzinnego Nazaretu, aby powiedzieć rzecz najważniejszą, że w Jego osobie wypełniły się słowa Pisma Świętego, spełniły się obietnice, na realizację których naród wybrany oczekiwał od wieków, oni popatrzyli nieufnie. Nie chciało im się pomieścić w głowach, że oto Ten, którego znają od najmłodszych lat, który wraz z nimi uczył się, bawił, pracował cieszył i smucił, dla którego ich codzienność, była także jego codziennością, jest Mesjaszem. Nie tak sobie wyobrażali Mesjasza. Ich "mesjasz" nie mógł być człowiekiem z sąsiedztwa.

Święty Ambroży uważał, że postawa mieszkańców Nazaretu wobec Jezusa wynikała z zazdrości. "Daremnie oczekujesz pomocy Boskiego miłosierdzia, jeżeli zazdrościsz komuś owoców jego cnoty. Pan bowiem gardzi zazdrosnym i od tych, którzy dobrodziejstwa Boże w innych prześladują, odwraca cuda swojej potęgi".

Jezus nie dokonał w Nazarecie wielkiego znaku, bo nie znalazł tu wystarczająco silnej wiary. Zachował się jednak tak, jakby nie zgadzał się z zasadą, którą sam na podstawie dziejów proroków wypowiedział. Podjął próbę doprowadzenia mieszkańców Nazaretu do wiary. A kiedy spotkał się z odrzuceniem, nie zrezygnował, lecz postanowił zwrócić im uwagę, że popełnili duży błąd.

Bóg powołując proroków przygotowywał ich na odrzucenie. "Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą" - zapewniał powołując Jeremiasza. Prorokowi nie wolno się lękać i rezygnować. Tym bardziej nie mógł tego zrobić Boży Syn.

- Księdzu jest łatwiej głosić Ewangelię niż mnie - skarżył się pewien ojciec rodziny. - Kiedy mówię o najważniejszych chrześcijańskich wartościach i konieczności przestrzegania ich w życiu do moich dorastających dzieci, patrzą na mnie, jakbym przybył z obcej planety. Żona uśmiecha się z politowaniem i radzi, żebym nie przesadzał, bo "żyje się tak, jak przeciwnik pozwala", a dziś życie jesz trudne, nie ma czasu na roztkliwianie się i roztrząsanie, co jest zgodne z wiarą a co nie. Koledzy z pracy śmieją się ze mnie i pytają, czy znów zamierzam ich nawracać i czy nie zakładam jakiejś sekty...

Ksiądz wysłuchał, a potem stwierdził:
- Pozostaje panu w tej sytuacji głosić Ewangelię przykładem...

Jest coś irytującego w zestawie czytań na dzisiejszą niedzielę. Z jednej strony zapowiadające trudy i kłopoty powołanie proroka Jeremiasza, z drugiej relacja z niedobrego przyjęcia, z jakim spotkał się w swoim rodzinnym mieście Jezus. Logiczne wydawało by się, aby w drugim czytaniu również była mowa o misji proroka i związanych z nią problemach. Tymczasem Kościół przypomina najpiękniejszy w dziejach hymn o miłości. Miłość jest siłą, której nie pokona zazdrość, podejrzliwość, przemoc fizyczna, małostkowość.

Zdenerwowani ziomkowie Chrystusa nie zdołali Go strącić z góry. Jezus poszedł do nich głosić Dobrą Nowinę o zbawieniu. Nie obraził się jednak na mieszkańców Nazaretu. Wiedział, że przyjdzie chwila, kiedy będą bardzo chcieli, aby u nich dokonało się to wielkie dobro, którego dzięki wierze doświadczyli inni.

Gość Niedzielny nr 5/2004

Wspomnienie brata Wojciecha

Ojciec Jacek Salij OP

Brat Wojciech Pawlar ( 1875 - 1959 ), rasowy Ślązak i entuzjasta kultury niemieckiej, ciężko przeżywał hitlerowskie barbarzyństwa. Kiedyś przechodząc przez rynek krakowski, przystanął, aby posłuchać gadzinówki, i zaraz machnął ręką: Das ist ja nur Quatsch! (Same bzdury!) - powiedział po niemiecku. Usłyszał to jakiś szpicel i brat Wojciech został aresztowany.
Przesłuchanie było krótkie:
- Narodowość?
- Dominikańska.
- Polak?
- Nie.
- Niemiec?
- Nie.
- No to jakiej narodowości?
- Już mówiłem, dominikańskiej.
Hitlerowiec zapewne uznał, że ma przed sobą kogoś niespełna rozumu, bo kazał brata Wojciecha wypuścić.

Przedziwna była śmierć brata Wojciecha. W sam dzień śmierci - a było to w klasztorze gidelskim - pracował jeszcze przy swoich ukochanych pszczołach. Poczuł się słabo i przychodzi do przeora: "Ojcze przeorze, będę dzisiaj umierał. Zaraz pójdę się umyć, potem się wyspowiadam i umrę". Przeor mu na to, żeby nie żartował. "Ojcze przeorze, ja nie żartuję. Śmierć to poważna sprawa!" Pyta więc przeor, którego księdza mu przysłać. "Każdy ksiądz jest jednakowo ważny!" - odpowiada brat Wojciech, do ostatniej chwili nie tracąc swojej sympatycznej apodyktyczności.

I rzeczywiście - poszedł się jeszcze umyć, wyspowiadał się i umarł w otoczeniu modlących się współbraci.

Fragment książki "Legendy dominikanskie"